Dziś z rana był pośpiech. Bo jechaliśmy najpierw metrem a potem szliśmy nad Wisłę, do księgarniokawiarni "Czuły Barbarzyńca". Ulgę w cierpieniu obcowania z nudnym autorem książeczek Pana Kulki i jeszcze bezbarwniejszymi "paniami artystkami" (jak je rekomendowano) przyniósł mi taaa-daa! batonik czekoladowy. Było rozkosznie, a wszystkich z balkonu zalewałam falami miłości, jak mątwa wypluwająca atrament. O, tu na fotce ta chwila:
Gdy tylko szoko pękło, wystrzeliliśmy natychmiast nad Wisłę pod pomnik Syrenki. Bo zapomniałam nadmienić, że pogoda była dziś c-u-d-o-w-n-a! Po akcji deptania cienia i ucieczki przed cieniem, poszliśmy na niesamowity dach biblioteki uniwersyteckiej, który wygląda jak żywcem wyjęty z NigdyNiekończącejSięOpowieści. No, może nie tak od razu. Bo jeszcze spędziliśmy czas na łące w pełnym słońcu - tarzałam się w świeżej trawie i robiłam małpę, małpę, tygrysa, małpę.
I tak się tym umęczyłam, że aż zasnęłam w drodze powrotnej Gatusiowi na rękach.
