
Dwadzieścia trzy raz dwa, czyli dłuuuuugie święta. Biba, która trwa, rozpoczęła się wczoraj o poranku, bo dokładnie o tej porze 23 miesiące temu pojawiłam się w tej galaktyce. Pierwszą urodzinową niespodzianką był premierowy tego sezonu śnieżek – rozjaśnił bielą cały ogródek za oknem.
W ramach artystycznego weekendu kontynuuję malowanie farbami. Uzbroiliśmy zakątek pokoju folią ochronną, wystawiliśmy komplet akwareli, zawodową podkładkę do mieszania palety barw, zaś Gatuś zrealizował na kartonach permanentnym markerem moje artystyczne tropy. Tym sposobem na świat wyczarowałam kolorowe szepty Żabdziąga i milczącą ekstazę Totora. Tęcza rozlała się po kartonie, folii na dywanie, palcach obu rąk i ubraniach. Akwarelkowe szaleństwo!
Popołudniem nadszedł czas na urodzinowy torcik. I tu kolejna premiera – ciacho mandarynkowo-migdałowe, tak słodkie i krągłe jak cały świat po którym stąpam. W chwilach odurzenia wydatnie wspierał mnie zmysł smaku i plastykowa packa wylizana przeze mnie do czysta. Jeszće! Jeszće!!!
A biba Podwójnego 23, jak już wspominałam, trwa nada. Bo dziś, 23 listopada, obchodzimy prawdziwe eryzyjskie Boże Narodzenie. Pękł do końca torcik, zaczynam rozstawiać farbki, a spacerek zapowiada się w puchowym śnieżku.

