czwartek, 25 grudnia 2008

Trzech to już kompania

Tuż przed zaśnięciem starannie układam Uzika* na pościeli Gatusia, tak aby leżał tuż obok mojej głowy.

— Tak będzie Uzik spał? A gdzie miejsce dla Gatusia? — pyta mnie Anetka.

— Nie ma mieśća. — stwierdzam.


*Uzik – mój pluszowy, kanarkowożółty kompan do wszystkiego (patrz: fotka obok).

niedziela, 21 grudnia 2008

Z lotu ptaka

Ostatnio wszystko nabrało dla mnie nowego, większego wymiaru: duża Luna, duże to, duże tamto.

Wpadam do pokoju po kąpieli. W połowie drogi zrzucam z siebie szlafroczek w pieseczki i nago zaczynam przebierać nogami w ekstatycznym szaleństwie.

- Taki mały taniec. – komentuje z przedpokoju Anetka.

- Duuuży taniec. – ripostuję.

Lunarny przedmiot pożądania

- Jest problem! – wołam wybudzając się z poobiedniej drzemki.
Anetka w progu.
- Nie ma rodzynek! – dodaję po kilku sekundach.
- Są rodzynki!!! - w pełni szczęścia uświadamiam sobie tuż po chwili.
- Ale to nic! - dorzucam więc dla kompletnego zmylenia Anetki.

Po chrupkowych bankiecikach, po banankowych i winogronkowych piknikach o każdej porze dnia i nocy, od ostatniej pełni nastała era Rozkosznej Rodzynki!

Dziś rano blady strach padł: stan rodzynek zbliżył się do krytycznego zera_plus_pięć_sztuk. W ostatniej chwili zapasy suszu zostały uzupełnione. Jednak ciśnienie zostało i wizja bezrodzynkowego popołudnia prześladowała mnie podczas snu.

Są rodzynki! Dużo!

Totoro ma wychodne

Tydzień temu po raz pierwszy zabrałam Totorka na placyk zabaw pokazać mu bujaczki i staw ze zmarzniętymi kaczuszkami. Była okazja: nikt tak wysoko nie buja jak babcia Marysia! Więc babcia nas huśtała, Totorek kołysał się obok w husiugatkach, a sama podskakiwałam i szczerzyłam zęby z radości.

I taki był początek nowej tradycji. Od tej pory codziennie ubieram Totorka — by nie zmarzł! — w moją krasnoludzką koszulkę i zabieram na dżordankowe huśtawki.

Okazało się, że nie ja jedna wychodzę w zimie z pupilami: trzy dni temu spotkałam przy husiugatkach Stasia z gigantyczną pluszową świnką morską w skarpetkach :-)

niedziela, 14 grudnia 2008

Wolna chata

Wczoraj pierwszy raz zostałam

sama.

No, prawie sama, bo musiałam opiekować się babcią Marysią która przyjechała w odwiedziny z Wrocławia. Anetka po raz pierwszy w trakcie mojej wędrówki po tym wymiarze dostała wychodne, spędzając lunarny wieczór poza domem.

A zaczęło się od zrzucenia sobie kolumny głośnika na nogę. Później zarzuciłam sobie kufupandę do wieczornego posiłku, ułożyłam parę konstrukcji klockowych i pościeliłam z babcią barłogi. I usnęłam.

Też sama, choć pod osłoną Luny tuż po pełni.