
Ciąg dalszy przygód u fotografa. Zakład pamiętał jeszcze czasy zajazdów ułanów pod okienko. Ręka momentalnie powędrowała mi w kierunku drzwi — chciałam znikać stąd czym prędzej. Ale urzędująca w tym fotograficznym skansenie para była na to przygotowana. Jak spod ziemi wyciągnęli piszczałki, fujarki i inne diwajsy, którymi brodacz odciągał moją uwagę od focha, a pani szukała tych cennych ułamków sekundy bez łez. Nie wiem jak, ale chyba udało im się. Zresztą spójrzcie sami. Widać tylko lekką załamkę, ukojoną później przez wizytę na placyku zabaw.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz